Konie trojańskie dwa

W polityce europejskiej nieszczęścia i nadzieje chodzą parami. Na głównej scenie bryluje para Macron-Merkel. Uosabia wiarę w wspólną europejską przyszłość. Na antypodach tej nadziei lokuje się para Kaczyński-Orban. „Polak-Węgier dwa bratanki” – jakże dumnie to brzmiało, gdy znaczyło braterstwo w walce o wolność! Teraz te dwa nazwiska zwiastują kłopoty. Symbolizują nadużycia władzy, czyli ograniczanie wolności.

Unia Europejska źle sobie radzi z krajami, które łamią zasady wpisane w unijne traktaty. Ma kłopot z mieszkańcami europejskiego domu, którzy zobowiązali się do przestrzegania regulaminu domowego, a okazali się chuliganami. Stają się jeszcze większym problemem, gdy bratają się z mocarstwami, które źle życzą Unii Europejskiej. Orban nazywany jest wprost „koniem trojańskim Putina”. Szuka specjalnych więzi z Kremlem i gości Putina w Budapeszcie, rozjechanym w roku 1956 przez rosyjskie czołgi. Zgłosił węgierskie roszczenia, gdy Rosja zaanektowała Krym i najechała Donbas. Buduje elektrownię jądrową za pożyczone ruble, co z ideą Unii Energetycznej ma tyle wspólnego, ile Nord Stream II.

Oficjalnie, flirt z Putinem różni Orbana od Kaczyńskiego. Nasi pozują na nieuleczalnych rusofobów, do czego zobowiązuje religia smoleńska. Praktycznie jednak, osłabianie Unii i pobudzanie narodowych egoizmów oraz specjalny wkład Macierewicza w rozbrojenie Polski i szkodzenie naszej wiarygodności w NATO – to wszystko wygląda na zamówienie Putina. Niektórych uczestników wojny hybrydowej przeciw Unii musi kredytować. Polska „dobra zmiana” spełnia jego geopolityczne zamówienie darmowo.

Źle byłoby, gdyby Europa potraktowała tandem Orban-Kaczyński jako dwa bliźniacze konie trojańskie obcych wpływów. Jeden od Putina, drugi od Trumpa. Do czasu Trumpa bycie koniem trojańskim Ameryki nie było epitetem. W tej roli występowała politycznie Wielka Brytania, a gospodarczo Irlandia, z uwagi na przywileje podatkowe. Ponad okazjonalnymi różnicami górowała świadomość euroatlantyckiej wspólnoty wartości, a Biały Dom był akuszerem europejskiej integracji. Ale teraz Ameryka wybrała prezydenta, który nazwał NATO marnotrawstwem pieniędzy, a Unię Europejską uważa za gospodarczego rywala. Jakby dla potwierdzenia podejrzeń o rosyjskim wpływie na swoją elekcję, Trump próbował znieść rosyjskie sankcje. Zaufanie w Europie ma mniejsze, niż Putin i Xi Jingpin.

Stąd europejska czujność, gdy Trump wylądował w Warszawie. Na ile jego wsparcie dla projektu tzw. Trójmorza jest wymierzone przeciw europejskiej jedności? Szczęśliwie, wizyta nie potwierdziła obaw, ale pozostał niepokój o intencje naszej władzy. Wykluczając się z grona mocnych, z realnej rozgrywki o przyszłość Unii, chcą buntować słabszych? Związki regionalne nie są skuteczne w zabieganiu o realne interesy, bo te są różne – skuteczna jest zmienna geometria sojuszy (np. pozyskanie Południa w sporach budżetowych, a Skandynawii w polityce wschodniej). Kraje euro – Bałtowie, Słowenia, Słowacja, ale także Czechy – nie dadzą się wciągnąć w rozgrywkę, której skutkiem jest ponowne dzielenie Europy, na Wschód i Zachód. Na to właśnie czyha Putin. Jego marzeniem jest swoista „finlandyzacja” naszej części Europy, jako wstęp do odzyskiwania rosyjskiej strefy wpływów.

Wystarczył jeden „koń trojański”, by unicestwić Troję. Ale nawet dwa – putinowy i trumpowy nie dadzą rady Unii Europejskiej. Unia najwyraźniej zwiera szyki, zapraszając chętnych, a innych zostawi bez żalu za murami…
Trwa ładowanie komentarzy...