Farage, Cameron, May – troje takich, co ukradli Brytyjczykom spokojną przyszłość.

Rzadko się zdarza, by w czasach pokoju i niezłej koniunktury politycy wpędzali własny kraj w poważne tarapaty. Najrzadziej w mocno zakorzenionych demokracjach. Nigel Farage, David Cameron i Theresa May zasługują na złą pamięć jako nowożytni „trouble-makers” – winni destabilizacji własnego kraju i kłopotów całej Europy w niespokojnych czasach. Wielka Brytania maleje i brzydnie w oczach zachodniego świata, tak jak – toutes proportions gardees – maleje i brzydnie Polska Kaczyńskiego.

Polski los tłumaczą sobie na Zachodzie płytką tradycją demokracji. Dlatego, niestety, pytają o sens rozszerzenia Unii Europejskiej. Ale Wielka Brytania? Dla mojego pokolenia to kolebka i wzór parlamentarnej demokracji. Bezkrwawa „Glorious Revolution (Chwalebna Rewolucja) z roku 1688, która trwale uzupełniła monarchię o parlamentaryzm i rządy prawa, inspirowała krąg gdańskich liberałów. Nie porywała nas Rewolucja Francuska, zanadto naznaczona terrorem, krwią i szafotem. Stąd wielkie rozczarowanie współczesną kondycją brytyjskiej demokracji. Ryba psuła się od głowy – mieli w tym udział wspomniani politycy.

Nigel Farage i jego partia UKIP pierwsi postawili na Brexit. Nie grzesząc prawdomównością, najskuteczniej straszyli rodaków imigrantami, wiążąc te strachy z Unią Europejską. Na tyle skutecznie, że wygrali wybory europejskie roku 2014, zdobywając aż 26,6 proc. głosów! Punkt zwrotny i wielka presja na Partię Konserwatywną. Farage rozpoczął trzecią kadencję uprawiania antyeuropejskiej propagandy za europejskie diety...

Na taki grunt wkracza drugi negatywny bohater nieszczęsnego serialu – premier David Cameron. Już wcześniej zapowiedział, że jeśli wygra wybory roku 2015, będzie renegocjował warunki członkostwa swego kraju w UE, zanim ogłosi w tej sprawie referendum. Zupełny brak wyobraźni! Zapomniał lekcję plebiscytowych rozstrzygnięć w kilku krajach, choćby lekcję referendum konstytucyjnego w Francji z roku 2005. Powinien wiedzieć, że ludowe plebiscyty stwarzają niebywałą okazję dla demagogii. Dlatego stanowią żyzną glebę populizmu wszelkiej maści. Taka właśnie była kampania referendalna roku 2016. Jej ostrze zwróciło się przeciw Polakom, szukającym na wyspach lepszego życia – poprzez pracę, a nie eksploatowanie systemów socjalnych. Uśpiony przez sondaże, Cameron obudził się nad ranem 25 czerwca 2016 z Brexitem. Ustąpił, a w jego miejsce pojawiła się mało znana Theresa May, pozująca na nowe wcielenie żelaznej damy, Margaret Thatcher. Obiecała rodakom stabilizację i odpoczynek od wyborów. Widząc sondaże, złamała obietnicę i zapowiedziała wybory na 8 czerwca 2017, opóźniając w ten sposób kalendarz negocjacji z UE. Dała nową szansę demagogii i ksenofobii. Kusiła los i terroryści dali się skusić, organizując zamachy w Manchesterze i Londynie. Theresa May obudziła się w dniu wyborów z podobnym kacem, jak Cameron po referendum. Farage z jeszcze większym, bo UKIP nie dostał się do parlamentu.

Dzieło Farage’a, Camerona i May to ponura historia trojga takich, co podminowali stabilny wcześniej kraj. Poróżnili jeszcze bardziej Anglików z Szkotami i Irlandczykami. Zasiali ziarno ksenofobii, a nawet rasizmu w tolerancyjnym, wielokulturowym społeczeństwie. Sprawili kłopot sobie i całej Europie. Skąd my to znamy?!
Trwa ładowanie komentarzy...