O autorze
Janusz Lewandowski (ur. 13 czerwca 1951 w Lublinie) – polski ekonomista i polityk, doktor nauk ekonomicznych, od 2010 do 2014 komisarz europejski ds. programowania finansowego i budżetu w Komisji Europejskiej, poseł na Sejm I, III i IV kadencji, były minister przekształceń własnościowych, poseł do Parlamentu Europejskiego, szef polskiej delegacji w Grupie EPL, przewodniczący delegacji UE-Iran.

Nacjonalizm przegrywa, ale zatruwa

Można już śmiało odtrąbić słabnięcie populistycznego trendu, który narastał przez lata na zgubę zjednoczonej Europy. Najpierw Austria, potem Holandia, teraz Francja, a jutro odporne na demagogię Niemcy. Przemiana współczesnych Niemiec w kotwicę europejskości i demokracji, to najbardziej krzepiący zwrot w powojennej historii naszego kontynentu. Europa łapie oddech. Smutno na Kremlu, konsternacja w Warszawie, która uparcie obstawia przegrane scenariusze...

Populizm, w swej najgroźniejszej - nacjonalistycznej odmianie, drążył Europę od dawna. Już wtedy, gdy ogłaszano „koniec historii”, który miał być ostatecznym, globalnym triumfem naszego systemu wartości. Podskórne procesy już wtedy żywiły nacjonalizm i ksenofobię. Pierwszy, to migracja, zwłaszcza z strefy islamu, ale także ze wschodu, po otwarciu granic w roku 2004 - jako wyzwanie dla tradycyjnego, holenderskiego, czy skandynawskiego modelu „ way of life”. Drugi, to globalizacja, podmywająca dochody warstwy średniej na Zachodzie. Na te długotrwałe procesy, słabo politycznie artykułowane, nałożył się głęboki kryzys finansowy i fala uchodźctwa z wojennych rejonów Iraku i Syrii, która w dodatku zespoliła się z atakami terrorystycznym. Nieszczęścia chodzą parami!

Na kontynencie, który uciekinierom od wojny i głodu jawił się, jako ziemia obiecana, nastąpiła kulminacja lęków. A z tej kulturowej i materialnej frustracji wzięły się ruchy antysystemowe, które zawładnęły publicznymi emocjami w latach 2014-16. Miały one odcień lewicowy na Południu, w skrajnych wersjach greckiej Syrizy i hiszpańskiego Podemos, ale zdecydowanie prawicowy na Północy i w naszej części Europy. Anty-europejskość była ich wspólnym mianownikiem.

Brexit wstrząsnął Unią Europejską. Wydawał się inspiracją, bo rozpleniły się narodowe wersje exitów, wprost zapowiadane w Holandii i Francji. Tyle, że ich promotorzy nie zrozumieli psychologicznych następstw Brexitu. Nagle zajrzała w oczy Europejczykom perspektywa Non-Europe. Wzmocniona przez efekt Trumpa, czyli ryzyko osamotnienia Europy. Zaczęły ujawniać się koszty rozstania z Europą bez granic.

Byle tylko ulga po 7-mym maja nie uśpiła czujności. Licho nie śpi. Nacjonalizm otwiera rany, które zabliźniły się po wojnie. Kocioł bałkański jest wystarczającym ostrzeżeniem, jak łatwo rozpalają się etniczne żywioły. Paradoksalnie, nacjonalistyczny słownik wykluczenia najpierw dewastuje politykę krajową. Bo - tak jak w nazistowskich Niemczech - najpierw wskazuje wroga wewnętrznego. Dzieli, kopie głębokie rowy. Holandia Wildersa, Francja Le Pen, Polska Kaczyńskiego i Węgry Orbana to dziś kraje głęboko podzielone. Premier May, która obiecywała gojenie ran po referendum, szykując wybory jeszcze bardziej podzieli Wielką Brytanię i skłóci Anglików z Szkotami i Irlandczykami.

Wierzę, że nacjonalistyczna fala jest w odpływie. Ale zdążyła zatruć agendę polityki krajowej i europejskiej.
Trwa ładowanie komentarzy...