O autorze
Janusz Lewandowski (ur. 13 czerwca 1951 w Lublinie) – polski ekonomista i polityk, doktor nauk ekonomicznych, od 2010 do 2014 komisarz europejski ds. programowania finansowego i budżetu w Komisji Europejskiej, poseł na Sejm I, III i IV kadencji, były minister przekształceń własnościowych, poseł do Parlamentu Europejskiego, szef polskiej delegacji w Grupie EPL, przewodniczący delegacji UE-Iran.

Konkurs cierpień się skończył. W Europie konkuruje się sukcesami.

Tym razem Wielkanoc zbiegła się w czasie z rocznicą istotną dla mojej rodziny. Skłaniającą do zadumy nad polskim losem. 154 lata temu, 16 kwietnia 1863 roku Rosjanie stracili w Lublinie Leona Frankowskiego, komisarza powstania styczniowego na województwo lubelskie. Miał być rozstrzelany, jak żołnierz, ale akurat wyszedł okólnik nakazujący wieszanie powstańców, by ich bardziej pohańbić. Leon miał wtedy 21 lat! Moja matka wywodzi się z rodziny Frankowskich, obecnej na różnych frontach tego nieszczęsnego zrywu, za co zapłacili straszną cenę. Odczuwam dumę, oczywiście, gdy zapalam znicze przy grobie powstańców styczniowych na starej nekropolii przy ulicy Lipowej w Lublinie i widzę harcerzy trzymających wartę honorową. Zarazem, warto wyciągać wnioski dla przyszłych pokoleń.

Leon Frankowski był gorącym patriotą, ale też zapaleńcem gardłującym za powstaniem, które żadną miarą nie było przygotowane. „Nawet bez broni zwyciężymy” – przekonywał. No i prawie bez broni ruszyli! Jego oddział, złożony ze studentów (!) został szybko rozbity, a ranny Frankowski pojmany. Inaczej niż inni powstańcy, nie poszedł na współpracę z Rosjanami, czym ujął weterana wojny krymskiej, generała (nomen omen) Chruszczowa, który namawiał Leona, by prosił cara o łaskę. Nie prosił. Żył tylko 21 lat. Później były tysiące młodych „kamieni na szaniec” w powstaniu warszawskim, skazanym na niepowodzenie, a potem beznadziejna ofiara „żołnierzy wyklętych”. Dlatego wybieram, jako drogowskaz na przyszłość, postanie wielkopolskie i powstania śląskie, fenomen organizacyjny państwa podziemnego AK, mądrość opozycji demokratycznej i samoograniczającą się rewolucję „Solidarności”. Z tego wzięła się wolna Polska i jej pozycja w Europie, niszczona teraz przez wyznawców męczeństwa i cierpienia, jako istoty polskości.

Można uprawiać politykę historyczną na klęskach, ofiarach i kłamstwie smoleńskim, ale ci, co eksportują polskie cierpienia – a PiS robi to wytrwale w Parlamencie Europejskim – powinni wiedzieć, że to nie robi żadnego wrażenia w Europie. Bo tu, na szczęście, konkurs cierpień się skończył. Jest zbyt wiele nowych nieszczęść transmitowanych live z Bliskiego Wschodu, przepraw „boat people” przez Morze Śródziemne i innych zakątków świata. Dziś w Europie konkuruje się sukcesami. Na sukcesach, podziwianych w świecie, budowała się do roku 2005 polska marka. Ale przyszła „dobra zmiana”, a wraz z nią nowe „Polish Jokes”, zamiast dumy z Polski.

Najlepiej czcimy pamięć Leona Frankowskiego, żołnierzy wyklętych i górników z kopali „Wujek”, gdy chronimy przyszłe pokolenia przed ich tragicznym losem! Gdy strzeżemy nasze bezpieczeństwo przed Macierewiczem!
Trwa ładowanie komentarzy...